chevron-down chevron-left chevron-right chevron-up home circle comment double-caret-left double-caret-right like like2 twitter epale-arrow-up text-bubble cloud stop caret-down caret-up caret-left caret-right file-text

EPALE

Elektroniczna platforma na rzecz uczenia się dorosłych w Europie

 
 

Blog

Niekomfortowa „strefa komfortu”

24/05/2019
by Monika Sulik
Język: PL

Czy też obserwujecie, że wprost proporcjonalnie do rozwoju przestrzeni coachingowej przybywa wypowiedzi związanych z tzw. „strefą komfortu”? Hasło to od kilku lat przeżywa zawrotną karierę i pojawia się nie tylko w wypowiedziach mówców motywacyjnych, coachów ale również celebrytów czy polityków. Nie wiem kto po raz pierwszy użył tego określenia, lecz ja usłyszałam o nim sześć lat temu, w wystąpieniu Jacka Walkiewicza[1]. Obecnie ma ono wiele „matek” i wielu „ojców”, którzy w sposób odkrywczy ogłaszają wszem i wobec swoje wyjście ze „strefy komfortu”, co więcej, głoszą ową ideę jako niezbywalny warunek samospełnienia czy samorealizacji. Zatem zewsząd bombardują nas wypowiedzi nie tylko namawiające do przekraczania swojej „strefy komfortu” lecz wręcz nakazujące wyjście z niej i zatrzaśnięcie za sobą drzwi (z wielkim hukiem?).

   

/pl/file/komfortjpgkomfort.jpg

       

To może od początku. Czym jest „strefa komfortu”?  Najczęściej opisuje się ją jako psychologiczną przestrzeń bezpieczeństwa. Strefa komfortu to stan, który odczuwamy podczas wykonywania działań, w których czujemy się bezpiecznie i pewnie. Mariusz Oboda pisze, że: „Jeżeli kroki, które podejmujemy, są nam znane, często wcześniej powtarzane, a ich rezultaty są z dużą dokładnością przewidywalne, to poruszamy się właśnie w strefie komfortu. Na gruncie zawodowym są to te zadania, których podejmujemy się bez wahania, ponieważ ich rezultat jest nam znany, podjęcie decyzji prawie wcale nie pociąga za sobą niepewności, odczuwamy wyraźnie swoje kompetencje. Mamy prawie 100% przekonanie, że zrobimy to dobrze[2]. Jak to się ma do ponowoczesnej rzeczywistości?

Argumentacyjny tercet

Nie trzeba być wybitnym znawcą czy badaczem zawiłych  losów ludzkości, by stwierdzić, że człowiek od zawsze poszukiwał bezpiecznej przystani choć intuicyjnie miał przeczucie, że jest to takie trochę „gonienie za króliczkiem”. Zatem, choć „strefa komfortu” nie jest kategorią nową, to zyskując nową szatę stała się niebywale nośnym określeniem. Nośnym lecz w mojej ocenie nieco niefortunnym i zdecydowanie nadużywanym. W czym upatruję „nieszczęsność” owej kategorii? Swe refleksje postaram się przedstawić w postaci może nieco karkołomnego ale współgrającego z sobą argumentacyjnego tercetu.

  1. PO PIERWSZE -  mam wątpliwość czy w dzisiejszej „płynnej rzeczywistości” w ogóle istnieje coś takiego jak „strefa komfortu”? Jak więc wychodzić z czegoś czego tak naprawdę nie ma? Zygmunt Bauman pisze: „życie w płynnonowoczesnym świecie, który jak wiadomo, uznaje tylko jeden pewnik - że jutro nie może być, nie powinno być i nie będzie takie jak dzisiaj – oznacza codzienną przymiarkę do zniknięcia, ginięcia, zacierania i umierania; a więc pośrednio, odgrywanie nieostateczności śmierci, powracających zmartwychwstań i ustawicznie nowych wcieleń. Podobnie jak wszystkie inne formy ludzkiego współistnienia, nasze płynonowoczesne społeczeństwo jest wynalazkiem, który życie w strachu ma uczynić znośnym”[3]. Może zatem owa „strefa komfortu” jest jednym z owych wynalazków po to by człowiekowi dać poczucie sprawstwa? By dać nam nadzieję, że jednak coś od nas zależy, że mamy moc decyzyjną?
  2. PO DRUGIE - jeśli nawet doświadczamy swego rodzaju „strefy komfortu”, a zatem namiastki bezpieczeństwa czy spokoju, to czy chodzi o to aby jak najszybciej ją opuścić i znów poczuć zachwianie bezpieczeństwa? Jeśli tak, to działanie to oznacza storpedowanie teorii Abrahama Maslowa, do której tak często odwołują się ci sami coachowie, którzy namawiają nas do opuszczenia „strefy komfortu”. Wszak przypominając teorię Abrahama Maslowa, samorealizacja jest możliwa, jeśli mamy zaspokojone potrzeby niższego rzędu, w tym poczucie bezpieczeństwa.
  3.  PO TRZECIE - jeśli „strefa komfortu” istnieje, to niestety nikt nie przygotowuje nas profesjonalnie do opuszczenia jej, a nośnie brzmiące nakazy czy namowy jawią się jak slogany i trochę przypominają mi moją pierwszą lekcję pływania, która polegała na tym, że Instruktor ustawił nas w szeregu na brzegu basenu (2.10 m.) i po kolei wrzucał do wody. Co z tego wyniknęło? Do dziś nie potrafię pływać a owa „superlekcja” pływania zakończyła się dla mnie podtopieniem i traumą, której nie potrafię się pozbyć do dziś. No właśnie i tutaj jesteśmy w punkcie wyjścia – bo rozumiem, że w tej sytuacji powinnam przekraczać samą siebie, swoje ograniczenia, zmierzyć się ze swoim strachem, wyjść ze „strefy komfortu” i uczyć się pływać. Próbowałam wielokrotnie, niestety bez powodzenia. Za każdym razem kiedy miałam się nauczyć zanurzania i wynurzania z wody, serce przyspieszało w  zawrotnym tempie, a panika niczym najlepsza przyjaciółka stawała się moją wierną towarzyszką.

Co z tego wynika? Przedstawione argumenty są moimi osobistymi refleksjami, którymi dzielę się  tutaj nie po to by rozprawić się z tytułową „strefą komfortu” lecz by zaproponować nieco inne, w moim przekonaniu bardziej rozwojowe jej ujęcie, zainspirowane książką dla dzieci pt. „Wiewiór Wystraszny”.

W poszukiwaniu kompromisu – czyli „skok w nieznane”

            Jakiś czas temu na mojej drodze stanął „Wiewiór Wystraszny” (Dziękuję Pani Ewo !), którego historia mnie ujęła, a mojego syna zafascynowała do tego stopnia, że przez dłuższy czas wracał do niej niemal codziennie. Choć książkę tę poznałam znacznie wcześniej niż usłyszałam o rzeczonej „strefie komfortu”, to teraz widzę jak ogromny związek mają ze sobą. Książka rozpoczyna się od „wystrasznego streszczenia” autorki – Melani Watt, w którym czytamy: „Nigdy nie opuszczam mojego dębu. Świat jest zdecydowanie zbyt niebezpieczny. Mógłbym złapać jakieś zarazki, wpaść w trujący bluszcz, lub w paszczę rekina. Na wypadek niebezpieczeństwa jestem przygotowany. Mam mydło antybakteryjne, plaster i spadochron. Wszystko się komplikuje, kiedy zostaję zmuszony przez wrednego intruza do opuszczenia mojego drzewa! Czy przejdę tę próbę? Czy zdobędę ważne życiowe doświadczenie? Czy odkryję innego, prawdziwego siebie? Jeśli chcesz wiedzieć, przeczytaj tę szaloną przygodę” [4].  A o czym jest ta przygoda? Ano o Wiewiórze, który wiódł bezpieczne życie na swoim drzewie. Miało to oczywiście swoje zalety i wady, które Wiewiór skrupulatnie opisał. Rozkład dnia Wiewióra Wystrasznego był również bardzo przewidywalny, tak by mógł on mieć wszystko pod kontrolą. Jak się jednak okazuje, nie można być przygotowanym na wszystkie ewentualności i zawsze może zdarzyć się coś nieoczekiwanego. Tak też zdarzyło się w życiu naszego bohatera. Gdy jednak bez szwanku wychodzi z niespodziewanego ataku zabójczej pszczoły uznaje, że w „Nieznanym”, którego tak bardzo się bał, nie wydarzyło się nic strasznego. Wraca na swój dąb, ale całe zdarzenie sprawiło, że Wiewiór Wystraszny postanowił odmienić swoje życie i odtąd postanowił w swej codziennej rutynie przeznaczyć trochę czasu na „Skok w nieznane”.  Czego nam trzeba więcej? Może zatem warto zainspirować się Wiewiórem i zamiast mówić o opuszczaniu „strefy komfortu” co już nosi znamiona swego rodzaju straty i budzi lęk, mówić i namawiać do „skoku w nieznane”? Samo sformułowanie zdaje się budzić ciekawość i dodawać odwagi. Ja w to „wskakuję”, a Wy drodzy czytelnicy? Dajcie znać co Was bardziej przekonuje? Opuszczanie „strefy komfortu” czy „skok w nieznane”?  

 


[3] Zygmunt Bauman: Płynny lęk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008,  s. 13.

[4] Melanie Watt: Wiewiór Wystraszny, Wydawnictwo Elay, Jaworze  2010, s. 1.

   

Jesteś trenerem, szkoleniowcem? Szukasz inspiracji, sprawdzonych metod i niestandardowych form?

Tutaj zebraliśmy dla Ciebie wszystkie artykuły na temat pracy trenera dostępne na polskim EPALE

Share on Facebook Share on Twitter Epale SoundCloud Share on LinkedIn