chevron-down chevron-left chevron-right chevron-up home circle comment double-caret-left double-caret-right like like2 twitter epale-arrow-up text-bubble cloud stop caret-down caret-up caret-left caret-right file-text

EPALE

Elektroniczna platforma na rzecz uczenia się dorosłych w Europie

 
 

Blog

3 popularne badania, na których podpieramy swoje prezentacje nie mając racji

12/03/2019
przez Piotr Maczuga
Język: PL
Document available also in: DE FR

Jako młody człowiek chłonąłem wszelkiego rodzaju wykresy, grafy i schematy jak papierowy ręcznik rozlane piwo. Nie ma to jak wrzucić na slajd coś konkretnego, co podeprze naszą tezę. Jeśli poniżej dało się dodać nazwisko naukowca i anglojęzyczny tytuł publikacji, to dla mnie taka prezentacja sięgała poziomem niemalże habilitacji. Aż do czasu, gdy sam na wystąpieniu podparłem się pewnym wykresem, a na sali znalazł się człowiek życzliwy, ale jednak mądrzejszy ode mnie i wytłumaczył mi dlaczego nie mam racji.

Dziś ciągle jestem młody, więc mam jeszcze na tyle siły, aby powalczyć o lepsze slajdy. Nie mieć racji i utracić w sekundę cały autorytet przed publicznością to jedno, ale nieświadomie wprowadzić innych w błąd - to zupełnie inny kaliber.

Podejmując temat zastanawiałem się też nad jego wizualizacją. W końcu nie każdy zna te modele, więc warto je pokazać. Problem w tym, że grafiki, które wykonałem pierwotnie mogły komuś posłużyć w praktyce i do tego wbrew moim intencjom, bo przecież wyszukiwarka obrazów Google najlepszym narzędziem trenera przygotowującego materiały na ostatnią chwilę. Postanowiłem więc nieco schematy przerobić graficznie, aby dalej zachowały swoja jakość, ale jednocześnie nie skłaniały do wykorzystania ich do celów biznesowych.

Nadmienię jeszcze, że większość z przedstawionych tutaj teorii ma swój sens naukowy, ale w wąskim zakresie. Część opiera się o całkiem solidne badania i problemem nie są same modele, ale swobodne do nich podejście. Zazwyczaj spotykamy się z sytuacją, gdy wnioski z badań próbuje się rozszerzać na dowolną sytuację. Jest to zresztą przekleństwo wielu badaczy. Aby zachować sens badań muszą ograniczyć się do konkretów (np. konkretna grupa badanych, konkretne warunki itd.). Mało kto zaś, korzystając później z tych wyników, zadaje sobie trud sprawdzenia czy tak wyciągnięte wnioski mają sens. Liczy się bardziej to, że słupki i wykresy wyglądają korzystnie na slajdzie.

Hierarchia potrzeb wg Maslowa

O co chodzi:

Prace amerykańskiego psychologa Abrahama Maslowa to klasyka gatunku wszędzie tam, gdzie mówimy o potrzebach i możliwości lub niemożliwości ich zaspokojenia. Piramida, która jest samowolną [*samowolną, ponieważ sam Maslow nigdy nie używał piramidy, aby zwizualizować hierarchiczność potrzeb, mimo że takie właśnie graficznie przedstawienie jego badań było już znane i popularne za czasów jego aktywności zawodowej] wizualizacją wyników badań Maslowa pojawia się na niemal każdym szkoleniu ze sprzedaży i w wielu, wielu innych kontekstach. Chodzi o to, że człowiek układa swoje potrzeby według specyficznej hierarchii: na samym dole mamy podstawowe potrzeby fizjologiczne, jak chociażby potrzeba zaspokojenia głodu, a na kolejnych piętrach potrzeby coraz bardziej wyszukane i złożone. Tak więc, jak już homo sapiens się naje, to potrzebuje zorganizować sobie schronienie (bezpieczeństwo). Dobrze jest też należeć do jakiejś grupy czy subkultury, bo to nadaje większy sens jego egzystencji. Na kolejnym piętrze pojawia się pytanie retoryczne: któż z nas nie chciałby byś podziwiany i szanowany? No i wreszcie możliwość zrealizowania swoich pasji, ambicji i marzeń - to sam szczyt. Ważne dla zrozumienia konstrukcji piramidy jest twierdzenie, że nie można zrealizować potrzeb wyższych bez uprzedniego uporania się z tymi bardziej podstawowymi. I wiemy już czemu bezdomni nie piszą wierszy.

/en/file/3mitymaslow1png3mity_maslow1.png

Co jest nie tak:

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to bardzo zgrabna teoria i wszystko się łanie poukładało w przystępną graficznie formę, którą stosunkowo łatwo będzie wyrazić na slajdzie. Jednak, gdy się głębiej zastanowić, to piramida drży w posadach, nawet jeśli nie ma się podstaw naukowych, żeby ją burzyć. Nawet zupełny laik jest w stanie podać przykłady z których wynika, że piramida jest mało uniwersalna, co sprawia, że nie da się jej odnieść do populacji jako takiej. Znajdziemy przykłady całych społeczeństw: Japończycy raczej inaczej by rozłożyli stopnie piramidy. Podobnie na przykład Van Gogh czy Nikifor - przykład jednej osoby na tle społeczeństwa jest dosyć wyraźny, ale problem w tym, że każdy z nas nieco odstaje od modelu, nawet jeśli nie próbuje sobie odciąć ucha.

Jak do piramidy ma się policjant czy strażak narażający życie? Czy słyszał o niej głodujący Mahatma Ghandi? Jakim cudem wybitny matematyk Jakow Trachtenberg zdołał opracować nową koncepcję matematyczną siedząc w obozie koncentracyjnym pod rygorem głodu i ogólnego terroru? Na te pytania piramida nam nie odpowiada.

Jeśli jednak głębiej wczytamy się w prace Maslowa, to problemem może okazać się też metodologia jego badań. Wziął on pod lupę jedynie wybrany 1% studentów wydziału na którym wykładał, skupiając się na tych najzdrowszych. W domyśle: najbardziej standardowych. W rezultacie otrzymaliśmy więc ogromne uśrednienie i model zbyt uniwersalny, żeby był użyteczny. Wykorzystywany dziś przez różnej maści początkujących (i nie tylko, niestety) coachów, jest naprawdę niebezpiecznym społecznie narzędziem mieszania ludziom w głowach.

Problemem jest też sam szczyt piramidy na którym znalazła się samorealizacja, a to dlatego, że samorealizacja właśnie nie jest zdefiniowana naukowo. Przeraża zatem to, że mimo ewidentnego braku, specjaliści od pseudomotywacji to właśnie samorealizację wyciągają najczęściej na pierwszy plan, dorabiając jej znaczenie, jakiego w rzeczywistości nie ma.

Co ma sens:

Abraham Maslow bynajmniej nie uważał, że jego teoria jest uniwersalna i sprawdza się zawsze: "It is quite true that man lives by bread - when there is no bread. But what happens to the man's belly? At once other (and "higher") needs emerge and these, rather than physiological hungers, dominate the organism. And needs to be satisfied, again new (and still "higher") needs emerge and so on. This is what we mean in the hierarchy of relative prepotency - (Abraham Maslow, A Theory of Human Motivation. Psychological Review (1943)).

Innymi słowy: zaspokojenie jednej potrzeby sprawia, że natychmiast sięgamy wyżej, aby zaspokoić następną. Problem w tym, że nie dla każdego wyżej znaczy to samo. Jest to szczególnie płytkie, gdy przedstawiamy hierarchię potrzeb podpierając się badaniami naukowymi, a nie zdajemy sobie sprawy, że badania te były bardzo specyficzne i nieprzystające zupełnie do naszych czasów, kultury i rynku.

Sama wizualizacja w postaci piramidy też niewiele ułatwia, ponieważ sugeruje pewien liniowy i nieodwracalny charakter hierarchii. Zaspokojenie pierwszej potrzeby uruchamia drugą. Zaspokojenie drugiej - aktywuje kolejną itd. A przecież nie trzeba sięgać do badać, aby zauważyć, że jako homo sapiens nie koncentrujemy się na jednej linii potrzeb. Jesteśmy zbyt złożonymi tworami, aby nasze żądze rozłożyć jak alfabet, od A do Z.

Maslow czerpał sporo z takich naukowców jak Thorndike, Adler, Fromm czy z nurtu Gestalt - dziś są to nazwy i nazwiska znane każdemu, kto zanurzył się w naukę zwaną psychologią. Zdawał sobie sprawę, że w swojej teorii próbuje integrować przemyślenia wielu innych wybitnych postaci nauki. Z niektórymi się nie zgadzał lub nie był w stanie ich ocenić naukowo, ale „wziął do siebie to”, co było mu najbardziej potrzebne i z tego wielomózgowego spojrzenia uformował swoje.

Warto więc Maslowa znać przede wszystkim z takiego właśnie, szerszego kontekstu i patrzeć na niego krytycznie. Idealnie nadaje się jako „chłopiec do bicia”, gdy trzeba obalić pseudonaukowy bełkot.

Stożek uczenia się Dale'a

O co chodzi:

Wiele się mówi o skuteczności różnych form uczenia się. W zależności od panującej mody, przekonywani jesteśmy o wyższości e-learningu nad nauczaniem stacjonarnym lub treści interaktywnych nad nieinteraktywnymi. Zwykłe wideo już nie jest atrakcyjne. Musi być VR, aby można było „dotknąć” materii rzeczy. Nie trzeba być naukowcem, aby zauważyć, że coś jest na rzeczy. Lepiej angażujemy się wtedy, gdy mamy coś do zrobienia, a znacznie gorzej, gdy przychodzi nam słuchać lub czytać, ewentualnie obserwować jak robi kto inny.

Bohaterem tej części będzie więc Edgar Dale, ale także schowany nieco w niszy zapomnienia D. G. Treichler. Dale, którego nazwisko przykleiło się to stożka, był badaczem, który w 1946 roku przedstawił koncepcję „Stożka Doświadczenia”, który miał pomóc zwizualizować (już drugi raz używam dziś tego słowa) media audiowizualne w szeregu od tych najbardziej abstrakcyjnych to tych wyjątkowo konkretnych. Trudno bowiem kłócić się ze poczuciem, że robiąc (nawet w warunkach VR) uczymy się więcej i lepiej, niż czytając instrukcję czy zasypiając na nudnym wykładzie. A gdzie miejsce dla D. G. Treichlera? O tym za chwilę.

/en/file/3mitydale1png-53mity_dale1.png

Co jest nie tak:

Dale wyraźnie zaznaczył, że jego stożek nie ma oparcia w badaniach naukowych i radził nie traktować go zbyt poważnie. Co więcej: stożek autorstwa Dale'a nie miał przypisanych żadnych liczb, a przecież wiemy, że czytanie daje tylko 5% skuteczności, przy 90-procentowej skuteczności wykonywania. I tutaj na scenie pojawia się właśnie D. G. Treichler - pracownik Mobil Oil Company, który w 1967 roku publikuje artykuł w Film and Audio-Visual Communications dopisując do stożka procenty. Redakcja nie sprawdza źródła i teoria Edgara Dale'a zaczyna żyć swoim własnym, pseudonaukowym życiem, którego nie powstrzyma już nic przez kolejne pół wieku (a może dłużej). Późniejsze dociekania pozwalają przypuszczać, że procenty nie zakiełkowały bezpośrednio w głowie Treichlera, ale pochodzą jeszcze z lat czterdziestych, gdy pracownik University of Texas, Paul John Philips, stworzył je, a następnie wykorzystał w swoich szkoleniach dla armii USA. Wtedy też nikt nie wnikał skąd się te liczby wzięły, ważne, że trener miał sugestywne przeźrocza.

Później przez lata, stożek wraz z procentami pojawiał się w mniej lub bardziej szanowanym publikacjach, pod którymi podpisywali się często szanowani naukowcy. Gdy do tego okazało się, że do stożka da się dosyć łatwo przypisywać style uczenia, to lawina pseudonauki ruszyła na dobre. Dziś, gdy teorię już obalono i skrytykowano wiele razy, w dalszym ciągu odnajdujemy bez trudu jej całkiem świeże inkarnacje. Przypominam: stożek nie ma kompletnie żadnego oparcia w nauce. Edgar Dale stworzył subiektywną hierarchię, a inni dopisali do niej wymyślone na poczekaniu wskaźniki.

Co ma sens:

Stożek broni się jedynie jako specyficzne uszeregowanie metod uczenia się. Liczby się nie bronią, dlatego też nigdy nie powstały rzetelne badania, które mogłoby je zaktualizować i pokazać jak jest naprawdę. Jak porównać widzenie z czytaniem tak, aby wyrazić to w procentach? Poprzez zapamiętywanie? Ale przecież, to nie jest sens nauki. Pomijam już fakt, że warunki pomiarowe wpływają na efekt w sposób niemożliwy do zignorowania przez psychologów badawczych. Jeśli jakaś nauka z tego płynie, to chyba tylko taka, że cytując czyjeś prace jesteśmy winni sprawdzenia źródeł, a także kontekstu w jakim badania były wykonane i publikowane. W internecie jest to szczególnie trudne, bo cytowanie stało się zbyt łatwe, aby myśleć co i po co się cytuje. Ważne, że słowa kluczowe pasują i slajd się dobrze formatuje.

Krzywa zapominania Ebbinghausa

O co chodzi:

Kto uczył się choć raz do egzaminu, a jednocześnie nie cierpi na żadne zaburzenie rozwoju intelektualnego, ten wie, że powtarzanie tego, co się przeczytało, to podstawa zapamiętywania. Jednym przychodzi to łatwiej, innym z wielkim trudem, ale powtarzać trzeba, jeśli ma się utrwalić. Udowodnił to w 1885 roku niemiecki psycholog Hermann Ebbinghaus, badając zależność między upływem czasu, a ilością zapamiętanej informacji. Doszedł zatem w wyniku badań do tego, co wie matka każdego ośmiolatka - czym więcej czasu upływa od odłożenia książki, tym mniej pamiętamy. Mało tego: najwięcej zapominamy praktycznie od razu, a później ten proces nieco zwalnia i można odnieść wrażenie, że co ma zostać w głowie, to już zostanie.

Na pomoc w takiej sytuacji przychodzi nam oczywiście metoda powtórzeń - kolejne cykle nauki sprawiają, że zapominamy mniej i nie tak szybko. Co więc może być nie tak, skoro każdy student wie, że to prawda?

/en/file/3mityebbinghaus1png3mity_ebbinghaus1.png

Krzywa Ebbinghausa (Piotr Maczuga)

Co jest nie tak:

Po pierwsze Ebbinghaus badał zapamiętywanie bezsensownych zbitek sylab, chciał bowiem jak działa ludzka pamięć w najczystszej postaci, gdy treść do nauczenia pozbawiona jest jakiegokolwiek kontekstu. Tutaj już pojawia się ogromne pole do krytyki, ponieważ w życiu nie mamy do czynienia z takimi sytuacjami. Mało tego, sensowność czy stosunek emocjonalny do treści sprawiają, że zapamiętujemy zupełnie inaczej i nie możemy takich zmiennych pomijać. Ebbinghaus przeprowadził swój eksperyment w formie werbalnej, więc jakiekolwiek wnioski można odnieść tylko do niej.

Innym problemem jest specyficzna grupa badawcza - otóż Ebbinghaus zbadał sam siebie i zarzucano mu, że choć krzywa wygląda atrakcyjnie, to wyników badań w żadnym wypadku nie można uznać za naukowe. Przypominam jednak, że była to końcówka XIX wieku, więc niemieckiemu psychologowi sporo brakowało do naukowców i ich metod z lat 40. XX wieku (Maslow, Dale).

Jakby jednak nie tłumaczyć Ebbinghausa, nie zmienia to faktu, że krzywa jest bardzo niewygodna naukowo. Kusi, ponieważ świetnie pokazuje konieczność powtórek, co pozwala negocjować lepsze budżety dla działów HR i i szkoleń. A jednocześnie jest tak bardzo abstrakcyjna, że branie jej na poważnie naraża każdego na zarzut podpierania się pseudonauką. Przyznać trzeba, że Ebbinghaus swoje badania wykonał na tyle rzetelnie, na ile pozwoliły mu przyjęte założenia.

Co ma sens:

Model ten zazwyczaj jest pokazywany w szlachetnym celu, jakim jest uświadomienie odbiorcom konieczności ustawicznego rozwoju. Chcesz poznać dany język? To musisz ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć, bo inaczej cała nauka na marne. Na badaniach Ebbinghausa pośrednio oparta jest metoda SuperMemo i trudno nie dostrzegać tego, że choć trudne do obronienia w sensie metodycznym, nie wprowadzają w błąd, ani nie są szkodliwe, czego nie można powiedzieć o wspomnianych na początku: hierarchii potrzeb i stożku uczenia się. Badania nad zapominaniem kontynuowali m.in. Bahrick, stosując wiele metod czy Linton - skupiając się na badaniu zapominania doświadczeń życiowych badanych. Pośrednio więc usunęli sporo wad z pierwotnej pracy Ebbinghausa, zresztą nie oni jedni.

Z tych trzech przykładów płynie też wyraźny morał: do pewnego pułapu specjalizacji wszystko jest piękne, a każdy edukator mądry. Później zaczyna się nauka.

Piotr Maczuga - Od ponad dekady zajmuje się zagadnieniami wykorzystania nowych technologii w edukacji dorosłych. Tworzy i wdraża w organizacjach oparte o technologie, które łączą w sobie nowoczesny marketing i edukację. Współautor podręczników w zakresie webinariów, webcastów, knowledge pills i innych. Metodyk, autor szkoleń z zakresu wykorzystania multimediów w uczeniu i biznesie oraz publikacji poświęconej tej tematyce. Na co dzień kieruje Digital Knowledge Lab – studiem produkcji multimedialnych treści edukacyjnych w Polsce działającym w ramach ekosystemu Digital Knowledge Village. Jego misją zawodową jest usuwanie barier technologicznych przed wszystkimi, którzy mają ambicje uczyć innych, aby wspomagać tworzenie społeczeństwa świadomie i sprawnie posługującego się otaczającymi nas narzędziami.

Zobacz także:

7 wskazówek jak nagrać prostą lekcję telefonem komórkowym tak, aby wyglądała profesjonalnie

Webinary w działalności biznesowej na poważnie - jak odnieść sukces

Jak tworzyć bardziej angażujące lekcje wideo - 3 metody od innych, z których stworzymy własną

Dlaczego to takie ważne, abyś spróbował swoich sił w edukacji dorosłych

Podkast - kiedy warto (a kiedy nie) wykorzystać to narzędzie w praktyce trenera

Zanim zrobisz swój kurs - zastanów się dobrze na co się piszesz...

Błędy, które popełniasz ucząc za pomocą webinarów

   

Jesteś trenerem, szkoleniowcem? Szukasz inspiracji, sprawdzonych metod i niestandardowych form?

Tutaj zebraliśmy dla Ciebie wszystkie artykuły na temat pracy trenera dostępne na polskim EPALE

***

Platforma EPALE to miejsce, w którym edukatorzy osób dorosłych, szkoleniowcy i trenerzy mogą znaleźć inspiracje, propozycje nowych metod nauczania oraz sposobów motywowania dorosłych do nauki. Społeczność EPALE tworzą praktycy chcący rozwijać swoje kompetencje zawodowe, prowadzić dyskusje, rozmawiać na temat warsztatu swojej pracy.

Wykorzystaj w pełni EPALE i załóż konto Sprawdź korzyści z rejestracji!

Share on Facebook Share on Twitter Epale SoundCloud Share on LinkedIn
Refresh comments Enable auto refresh

Wyświetla 1 - 2 z 2
  • Obrazek użytkownika Sebastian Cieślak
    Piotr, piękny tekst pokazujący złożoność świata i to jak starając się go sobie upraszczać idziemy na łatwiznę. 
    O pierwszych dwóch przypadkach wiedziałem, ale zakładam że nie każdy o tym wie i miał okazję się zapoznać. Zwłaszcza o piramidzie Maslow'a, o której tyle osób mówi, że to "musi być prawda". Tekst przypomina o jeszcze jednym wątku, który coraz rzadziej, ale nadal pojawia się przy szkoleniach z komunikacji. Chodzi źle przedstawianą i źle interpretowaną koncepcję Mehrabiana, według której przekaz werbalny to tylko 7% komunikatu. Niestety nadal są "sprzedawcy" szkoleń, którzy tym zachęcają do rozwijani komunikacji niewerbalnej. 
  • Obrazek użytkownika Beata Ciężka
    Ciekawy i odświeżająco działający artykuł. Odtrutka na poradniki w stylu „Jak zostać dobrym trenerem w 3 dni” czy „Opracuj dobre szkolenie w pięciu krokach”. Niestety często na szkoleniach i podczas zajęć akademickich jestem proszona o takie proste recepty – jakby świat dał się objaśnić w formie wypunktowania lub ładnym, kolorowym schematem (a może się da?). Dam do przeczytania studentom na otwarcie klapek bardziej krytycznego myślenia…