chevron-down chevron-left chevron-right chevron-up home circle comment double-caret-left double-caret-right like like2 twitter epale-arrow-up text-bubble cloud stop caret-down caret-up caret-left caret-right file-text

EPALE - Elektroniczna platforma na rzecz uczenia się dorosłych w Europie

Blog

(Od)cienie macierzyńskich doświadczeń – refleksje andragogiczne

30/10/2020
przez Monika Sulik
Język: PL

ok. 10 minut czytania - polub, linkuj, komentuj!


W ostatnich dniach w sposób szczególny wybrzmiewa temat macierzyństwa. Jest to z pewnością okazja, by nieco bliżej przyglądnąć się temu, jak owo macierzyństwo może być rozumiane i jak wybrzmiewa w doświadczeniach samych kobiet. „Czy szukać go w naturze czy w kulturze? W fizjologii się objawia czy w psychice? Materią jest czy duchem? Harmonią ciała czy chaosem pożądań? Głęboką wiedzą czy płytkim pozorem? Intuicją przekraczającą granice czy ograniczającym myślenie stereotypem? Dobrem czy przekleństwem?”[1].

    

Macierzyństwo to wielowymiarowe doświadczenie, którego nie można sprowadzić tylko do dominującego w naszym społeczeństwie modelu, a właściwie stereotypu matki Polki. Z perspektywy andragogicznej macierzyństwo to zadanie rozwojowe zasadniczo wpisane we wczesną dorosłość, ale też coraz częściej w tzw. wiek średni (coraz częściej bowiem mówi się o niepunktualności zadań rozwojowych). W zakresie badań nad macierzyństwem w obrębie andragogiki, szczególnie znaczący jest projekt koordynowany przez Martynę Pryszmont-Ciesielską pt. „Mikroświaty macierzyństwa”. Autorka tak pisze o swoim przedsięwzięciu badawczym:

 „Założeniem projektu (…) było dowartościowanie indywidualnego doświadczania macierzyństwa przez kobiety. W takim ujęciu przedmiot rozważań i badań wpisywał się w problematykę edukacji dorosłych. Dotyczył bowiem jednostkowego uczenia się osób dorosłych, zanurzonych w określonym kontekście społecznym i posiadających indywidualną biografię życiową (…). Ukazywał także miejsca ich uczenia się, konstruowane przez indywidualne, jak i zbiorowe doświadczenia (…)[2].

Celem podjętej tutaj refleksji jest ukazanie odcieni (a zatem blasków i cieni) kobiecych doświadczeń związanych z macierzyństwem, kobiecej prawdy na temat macierzyństwa, z świadomością, że każdy przeżywa siebie zupełnie inaczej, buduje inaczej, bo jest kimś innym[3].

          

Macierzyństwo –  błogostan  i sielanka versus przewrót, rewolucja i stan wyjątkowy

Przekazywany przez media oraz kultywowany społecznie wizerunek matki to wspaniała matka, bezwarunkowo, bezinteresownie kochająca swoje potomstwo. Oddana, zaradna, silna….i można tak mnożyć owe przymioty bez końca.   Macierzyństwo spełnione to wręcz obowiązek, to wzór rozpowszechniany przez poradniki i magazyny kolorowe dla matek, właściwe dla Super-Mam - superwomen czy matek Polek, czy też kobiet realizujących rodzicielstwo partnerskie. Czy to wizerunek autentyczny?

Joanna Woźniczko-Czeczot,  w swej książce  Macierzyństwo – non fiction – relacja z przewrotu domowego pisze:  

„Zmowa, zmowa panuje wśród kobiet. Zmowa milczenia. Jestem matką, jakich dziesiątki można zobaczyć z wózkami w parkach. Przeciętnie miła, przeciętnie ładna, niebrzydko ubrana, z tłustym, wychuchanym bobasem. On jest przeważnie zadowolony. Ja przeważnie też. Gdy spotykam inne matki, rozmawiamy o ząbkach, karmieniach i zdobyczach rozwojowych. X już pełza,Y robi pa pa, Z pomalował dzisiaj kocyk flamastrem. Łobuziaczek, ale to przecież rozkoszne. Tutaj napiszę wszystko, o czym nie mówi się nad piaskownicą. Że macierzyństwo to koniec dawnego życia. Że mam dojmujące poczucie wolności utraconej na zawsze. Że dziecko to same trudne okresy. Skończy się jeden, zaczyna drugi. Po horrorze połogu – horror niespania. Po trudach ząbkowania – gehenna urazówki pierwszych kroków. Po ogołoceniu mieszkania, gdy dziecko staje się mobilne – rozniesienie  mieszkania, gdy wchodzi w okres gejzeru energetycznego. Po buncie dwulatka – bunt trzylatka i tak aż do emerytury. Najgorsze jest pierwsze sześćdziesiąt lat – tak mawia mama mojego męża”[4].

Autorka wyjątkowo wymownie opisuje swe doświadczenia macierzyńskie, unikając lukrowania oraz idealizowania, które tak często dominuje w przekazie medialnym. Warto zaznaczyć, że w net-przestrzeni rozgrywa się swoiste „przeciąganie liny” na temat tego, co idealne, a co realne w zakresie macierzyńskich doświadczeń. Liczne blogi tzw. parentingowe czy osobiste strony internetowe, konta na portalach społecznościowych stanowią swoistą kompilację odcieni macierzyńskich doświadczeń. Same nazwy portali są niezwykle wymowne i sugestywne, a niemal codziennie publikowane zdjęcia i opisy dają możliwość zaglądnięcia jak „przez dziurkę od klucza” do rodzicielskiej – macierzyńskiej codzienności.  A oto przykładowe nicki użytkowniczek bardzo aktywnie publikujących na jednym z portali społecznościowych - Instagramie: matka_furiatka, matka_wariatka, matka_zona_kobieta, matka_polka_be, spelniona_kobieta_matka, mamy_sprawy, mama_zjedz_kalafiora, mamidło, mamowymi, mamuskowo, mama_4_kids, mama_i_corusia, itd.

         

Solomatka – czyli macierzyństwo samotne versus samodzielne

Macierzyństwo w pojedynkę to z pewnością nie lada wyzwanie, ale też jest to doświadczenie niezwykle często wpisujące się w kobiece biografie. Renata Dziurdzikowska pisze:

„Niemal dwa miliony kobiet w Polsce samotnie wychowują swoje dzieci. Są takie dzielne. Podziwiam ich siłę, upór determinację. Jednak gdy w intymnej, szczerej rozmowie otwierają się, na ogół wiele w nich goryczy, żalu, poczucia winy, przekonania, że przegrały, że niosą ciężar ponad siły. Jedna z nich powiedziała mi: „Moja córka nie ma domu, wspólnych posiłków, bo ja na okrągło pracuję, żebyśmy miały z czego żyć. Pustka zamiast rodziny. Widzę, jak jej z tym ciężko, jak wchodzi w życie skaleczona psychicznie. Wścieka się na mnie: Nawet ojca mi nie potrafiłaś wybrać!”[5].

Ewa Zawisza, pisząc o macierzyństwie i przedstawiając tzw. rodzicielstwo monoparentalne realizowane przez kobiety, użyła metaforycznego sformułowania „solomatki”. Badaczka ukazała (od)cienie  współczesnego samotnego macierzyństwa w lustrze net-przestrzeni. Autorka przeanalizowała wypowiedzi solomatek zamieszczone na forach internetowych, które dotyczyły m.in. problemów materialnych, mieszkaniowych, bezrobocia lub porad prawnych[6].

          

Macierzyństwo „naznaczone” chorobą

Kolejna perspektywa oglądu (od)cieni macierzyńskich doświadczeń związana jest z chorobą. W perspektywę tą wpisane są dwa znaczące doświadczenia: choroba matki lub choroba dziecka. Niezwykle przejmująca, ale też sugestywna jest historia Anny Krupy, kobiety, która urodziła się bez rąk:

„Po urodzeniu Emilki przez nasz dom przeszła lawina dziennikarzy. Ludziom nie mieściło się w głowie, że kobieta bez rąk może urodzić dziecko, a potem to dziecko samodzielnie wychowywać (…). Emilka jest zdrowa, ma ręce i nogi, wychowuję i utrzymuję ją sama, sama też spłacam kredyt, wożę ją samochodem do szkoły. Pracuję i bardzo tę pracę lubię. Zamierzam  zacząć kolejne studia. Jestem normalną matką, której po prostu nie urosły ręce. Nie widzę w tym nic szokującego. Przewijać Emi zaczęłam niedługo po porodzie, zresztą to nie było pierwsze dziecko, które przewijałam. Kilka lat wcześniej zajmowałam  się swoją siostrzenicą Marysią. Z ubieraniem też nie miałam problemu. Nie lubiłam tylko ubranek zapinanych na guziki. Stopami trudno się zapina” [7].

         

Hipermacierzyństwo

Czyli zintensyfikowany wzór macierzyństwa. Hipermacierzyństwo to model szczególnej koncentracji na dziecku – modelowi temu zazwyczaj podporządkowane są wszystkie aktywności życiowe. Tak jak „standardowe” macierzyństwo związane jest z przechodzeniem przez różne fazy, które są nierozłącznie związane z etapami rozwoju dziecka i uzyskiwaniem przez nie coraz większej samodzielności, a ostatnia faza zazwyczaj dotyczy opuszczenia gniazda rodzinnego i jakoby zwolnienia matki z obowiązku opieki, a finalnie zamianę ról, tak  hipermacierzyństwo zatrzymuje się na jednej z wczesnych faz wraz z zahamowaniem rozwoju niepełnosprawnego dziecka, które nigdy nie staje się w pełni samodzielne[8]. Urodzenie dziecka upośledzonego często wygląda inaczej:  „zamiast radosnego świętowania panuje wokół niego smutek i rezygnacja. Znajomi często zmieniają się w „przyjaciół Hioba”, którzy niechcący ranią zamiast pocieszać. W istocie jest to okres żałoby po cudownym, „wymarzonym” dziecku, które miało się narodzić”[9].

Codzienność „Hipermatek” jeszcze do niedawna była tematem tabu. Niewiele matek miało możliwość ale i odwagę do upubliczniania swoich doświadczeń. Niewiele z nich decydowało się na ujawnianie swojej sytuacji. Powody takiego stanu rzeczy były bardzo różne, od obawy przed negatywnymi reakcjami po bariery architektoniczne włącznie. Jednak w ostatnim czasie obserwujemy znaczące zmiany w tej przestrzeni, zmiany w mentalności społecznej oraz rozwój idei integracji osób z niepełnosprawnościami z osobami pełnosprawnymi.

       

"Aniołkowe Mamy” – czyli macierzyństwo utracone

Dane statystyczne z roku na rok zdają się być bardziej przerażające. Co roku czterdzieści tysięcy Polek traci ciążę. Sto kobiet dziennie. Zatem niemal każdy z nas ma kogoś w rodzinie czy wśród przyjaciół, kto przeżył to doświadczenie. To dla nas najlepszy dowód na to, że o poronieniach trzeba mówić i pisać[10].Doświadczenie to jest z pewnością doświadczeniem granicznym i traumatycznym dla każdej matki, nawet tej, która nie oczekiwała swego potomstwa z radością. Mam na myśli nie tylko konsekwencje emocjonalne straty, ale również medyczne. A oto niezwykle przejmujący fragment narracji jednej z „Aniołkowych Mam”:

„Nigdy, przenigdy nie myślałam, że zaistnieję w wirtualnym świecie…Nigdy też wcześniej nie słyszałam o Aniołkowych mamach, o takiej ilości bólu, łez, tęsknoty i niesprawiedliwości, o małych wielkich tragediach w zaciszu tak wielu przecież domów (…). Aniołkowe mamy – kobiety najsilniejsze na świecie. Kobiety, które przeżyły największą z tragedii. Kobiety, których rozpacz i tęsknota przewyższają wszystko. Kobiety „wyróżnione” (może złego słowa użyłam, przepraszam), może w jakiś sposób naznaczone, bo teraz po stracie swoich maleństw, widzą słyszą i czują więcej…Rozpoznają się po maleńkiej iskierce smutku, już zawsze tlić się będzie w próbujących się śmiać oczach …Rozpoznają się po wzroku wpatrzonym w dal…i tak zamyślonym…nieobecnym…stęsknionym…Bo przecież żyć trzeba dalej…I wierzyć, że wszystko w końcu naprawdę będzie dobrze. Nigdy nie przypuszczałam, że i mnie przyjdzie zostać taką właśnie Mamą… A jednak…Niezbadane są wyroki”[11].

      

Macierzyństwo adopcyjne czy „wieża z klocków"[12]”?

Kolejna pespektywa od(cieni) macierzyńskich doświadczeń związana jest z przysposobieniem bądź adopcją dziecka, które urodziło się innym rodzicom i z różnych względów rodzice ci nie mogą, bądź nie chcą podjąć swych rodzicielskich obowiązków. Adopcja oznacza powstanie stosunku prawnego pomiędzy rodzicami a dzieckiem, w ramach którego funkcjonują wszelkie obowiązki i prawa właściwe dla naturalnego stosunku rodzicielskiego (władza rodzicielska, obowiązek alimentacyjny). Dane ze zbiorów Głównego Urzędu Statystycznego donoszą, że  w Polsce w ostatnich latach dochodzi rocznie do ok. 3500 adopcji blankietowych (rodzice naturalni zgodzili się przed sądem, a przysposobienie ich dziecka bez wskazania osoby, która ma je przysposobić)[13]. A oto słowa jednej z matek, które podjęły decyzję o adopcji:

 „Muszę to przyjąć, choć wcale nie chcę. Muszę głęboko spojrzeć w oczy mojej prawdzie. Tak – jestem kobietą gorszego gatunku. Nie zostałam jak inne, dopuszczona do udziału w tajemnicy stworzenia. Nie dostąpiłam tego szczególnego wyróżnienia, kiedy spośród wszystkich kobiet świata, tylko ja mogę być matką mojego dziecka. Ale o wiele bardziej boli, że nie dane jest mi przeżywać miłości rodzicielskiej. Że nie mam o kogo umierać ze strachu, albo być dumną jak paw. Że nie uczestniczę w odkrywaniu świata na nowo z tą szczególną radością i zdziwieniem, które są dostępne tylko dzieciom”[14].

Na koniec wyjątkowo wymowne słowa Tiziano Terzaniego, które w moim przekonaniu są wyjątkowo trafne:

 „Istnieją dwa sposoby ocalenia: sposób małego kociaka, który nie musi nic robić, bo brany jest przez kocią mamę za kark i wyprowadzany na spacer, i sposób małpy, która zaraz po urodzeniu musi się nauczyć przytrzymywać z całych sił maminej sierści. Zawsze jest jakaś „mama” - los, która czuwa nad naszym bezpieczeństwem”[15]. Zawsze jest jakaś mama…to słowa, którymi chciałabym otworzyć przestrzeń do dalszych rozważań oraz poszukiwań badawczych.

   


dr Monika Sulik - doktor nauk humanistycznych, adiunkt, wykładowca akademicki. Swoje zainteresowania naukowo-badawcze rozwija przede wszystkim w obszarze zagadnień związanych z rozwojem człowieka dorosłego w ujęciu interdyscyplinarnym, z szczególnym uwzględnieniem kontekstów biograficznych. Prowadzi autorskie zajęcia dydaktyczne z zakresu przedmiotu biografia w edukacji, w ramach którego przeprowadza warsztaty związane z wykorzystaniem metody biograficznej w andragogice i edukacji dorosłych. Certyfikowany trener i mentor akademicki. Ambasadorka EPALE.

       

Zobacz także:

Co ma piernik do edukacji? Czyli andragog na urlopie

Strach i edukacja, czyli duet (nie)doskonały

Kości zostały rzucone, czyli biograficzny "sześcian" w reflekcji andragogicznej

Z pamiętnika andragoga: a może by tak na chwilę przestać inspirować i...?


[2] M. Pryszmont-Ciesielska: „Mikroświaty macierzyństwa”. „Rocznik Andragogiczny” nr 20/2013, s. 358.

[3] M. Sulik:  Kobiety w nauce . Podmiotowe i społeczno-kulturowe uwarunkowania.  Katowice  2010,  s. 169.

[5]„Zapomniałam, że żyję” – rozmowa z Majką Jaworską [w]: Tajemnice kobiet. Rozmowy Renaty dzikowskiej. Red. B. Sławiński. Wydawnictwo Jacek Santorski & Co. Warszawa 2006, s. 48.

[6] E. Zawisza.: Solomatki. Współczesne samotne macierzyństwo w lustrze net-przestrzeni. Poznań 2013.

[7] M. Wach: Kiedy pielęgniarka przyniosła mi dziecko, po raz pierwszy pomyślałam, że chciałabym mieć ręce. Rozmowa z Anną Krupą. „Wysokie Obcasy” 28. 03. 2015.

[8] A. Palęcka, H. Szczodry: Hipermacierzyństwo – na przykładzie matek osób z niepełnosprawnością intelektualną. [w:] Kobiety w społeczeństwie polskim. Red. A. Palęcka, H.Szczodry, M.Warat. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków 2011, s. 18.

[9] Tamże.

[11] „Aniołkowe mamy. Historie kobiet, które poroniły”. Red. Magdalena Wojaczek. Red. Kraków 2009, s. 8.

[12] Podtytuł zainspirowany publikacją:  K. Kotowska: Wieża z klocków. Wydawnictwo Media Rodzina. Poznań 2010.

[14] Tamże, s. 10.

[15] T. Terzani: Nic nie zdarza się przypadkiem. Przekład: Anna Osmólska-Mętrak. Wydawnictwo Świat Książki. Warszawa 2008, s. 117.

Share on Facebook Share on Twitter Epale SoundCloud Share on LinkedIn Share on email
Refresh comments Enable auto refresh

Wyświetla 1 - 10 z 17
  • Obrazek użytkownika Aneta M
    Dziękuję za ten artykuł.
    Teraz matki mają z jednej strony łatwiej - dostęp do lekarzy, z zaopatrzenie nie ma problemu, ale z drugiej strony gorzej ze względu na wszechobecną presję, wywodzącą się w ogromnej mierze z social mediów. Jesteśmy bombardowane wizerunkami idealnych matek, w idealnych mieszkaniach, a rzeczywistość znacznie odbiega od tego sztucznego, wykreowanego wizerunku. Kolejna sprawa, to ocenianie przez inne matki, zamiast wsparcia -  bo ja, bo moje dziecko, ja nigdy. Zwłaszcza w tym pierwszym okresie, po narodzinach, gdy jest się szczególnie wrażliwym, nawet te drobne uwagi mogą sprawić ogromną przykrość...
    Pozdrawiam serdecznie.
  • Obrazek użytkownika Monika Sulik
    Droga Pani Aneto, dziękuję Pani za ten komentarz. To przejmujące i prawdziwe co Pani napisała. Myślę, że już na etapie przed ciążą tego bardzo doświadczamy... Pytania "życzliwych" innych kobiet o ciąże o plany macierzńskie.. to już często momenty, które sprawiają ból i są nie na miejscu. Bądźmy dla siebie dobre :) Moc najcieplejszych myśli przesyłam. 
  • Obrazek użytkownika Martyna Koziołek
    Dziękuję. Tekst bardzo potrzebny, prawdziwy ale przede wszystkim nie oceniający i pięknie czuły. Jestem mamą od 11 lat, dwóch zdrowych i totalnie odmiennych temperamentnie chłopców. Początkowo macierzyństwo było dla mnie ogromnym trudem a przede wszystkim paraliżującym lękiem w przekonaniu, że nie nadaję się , robię wszystko żle itd.. trochę to trwało zanim wyplewiłam te toksyczne myśli i zrozumiałam skąd się wzięły. Dziś czytając różne śmieszne wpisy typu "matka.wariatka" "madka siedzi z tyłu" często się śmieję i utożsamiam, nawet mówię dzieciom "czy ja wyglądam jak mamusia z reklamy? ". Dziś bombardują nas zewsząd kołczingiem, nowoczesnym parentingiem, bezglutenem, jedzeniem z pudełek, wszędzie wszystko fit, light, bio, eco, bądz jak Lewandowska itd itp.. Dla mnie to jest horror i droga do zatracenia skłonności do refleksji ale może nie nadążam.  Słowa Tiziano Terzaniego, które Pani przytoczyła są piękne i niesamowite i bardzo oddają moje własne przeżycia. Serdecznie pozdrawiam. M. Koziołek
  • Obrazek użytkownika Monika Sulik
    ..Dziękuję za ten piękny wpis...Nawet nie przypuszczałam, że tak bardzo potrzebne nam są  te szczere wyzania zwiazane z doświadczaniem macierzństwa. Tak bardzo czujemy na sobie presję bycia "idealną", zawsze radzącą sobie ze wszstkim ... Ale bycie "mamusią z reklamy" na szczęście jest "przereklamowane". Cudownie być sobą ...prawdziwą i autentyczną :) Przesyłam moc serdeczności.
  • Obrazek użytkownika Nina Woderska
    Fantastyczny tekst.... fantastyczny!
  • Obrazek użytkownika Monika Sulik
    Droga Ninio.... Dziękuję z całego serca ...i najpiękniej jak potrafię !!
  • Obrazek użytkownika Paulina Szeliga
    Tekst świetny. Świetnie pokazukazuje macierzyństwo z różnych stron. 
    Nie zawsze jest kolorowo jak nam przedstawiają. Macierzystwo najczęściej przedstawiane jest tylko z tej "dobrej" strony.
    Aż mi się przypomniało jak to było ze mną...
    Pierwsza ciąża. Każda z nas (bynajmniej większość, tych które oczekują potomstwa, pragną go) rodząc chce być dobrze przygotowana. Tak było w moim przypadku. Czytałam książki, poradniki, chodziłam do szkoły rodzenia. Myślałam, że wszystko wiem, bynajmniej to co najważniejsze na początek. Idąc na porodówkę, myślałam, że jestem dobrze przygotowana do "egzaminu"... ale rzeczywistość jest całkiem inna. Nagle okazało się, że ta teoria ma się nijak do praktyki, jakby się rozpłynęła. Poczułam wielką pustkę i strach. A przecież tyle się przygotowywałam.
    To trzeba doświadczyć aby zrozumieć. Żadna teoria nie zastąpi nam praktyki. 


    Pozdrawiam


  • Obrazek użytkownika Edyta Goik
    Niezwykle piękny, ale też prawdziwy artykuł. Piękny, bo po prostu o macierzyństwie, a prawdziwy, bo pokazujący jego różne odcienie szczególnie te trudne i smutne. I chociaż mamą biologiczną, mogącą zobaczyć swoje dziecko po narodzinach nigdy nie byłam a może właśnie dlatego - poruszył mnie dogłębnie, szczególnie w obliczu ostatnich wydarzeń. Jestem "Aniołkową mamą " (bardzo podoba mi się określenie, a nie spotkałam się z nim wcześniej) i pomimo cierpienia z którym musiałam się zmierzyć po utracie dziecka cieszę się, że mogłam z nim być przez te 9 tygodni. Czy myślałam o sobie jak o "kobiecie gorszego gatunku" kiedy przez wiele lat przed poronieniem staraliśmy się z mężem o dziecko - tak. Dzisiaj tak nie myślę, bo macierzyństwo wpisane w naszą nie tylko biologiczną naturę, można realizować na wiele sposobów. Niesamowicie odważnie i ofiarnie poprzez adopcję lub jak to wspomniano w "standardowym macierzyństwie" przy jego finalnej zamianie ról: ściskając w swoich dłoniach zamiast małych pulchnych rączek, spracowane, pomarszczone niesprawne dłonie starszego człowieka. Macierzyństwo będzie dla mnie zawsze wielką tajemnicą, może dlatego tak wyidealizowaną gdyż osobiście nie doświadczyłam jego prozy, radości i bólu.
  • Obrazek użytkownika Monika Sulik
    Droga Pani Edyto, dziękuję za tak osobisty i przepełniony czułością i wrażliwością wpis. Przesyłam moc najcieplejszch myśli.
  • Obrazek użytkownika Monika Sulik
    Dziękuję za te przejmujące mnie komentarze...pisząc ten tekst wiele razy musiałam się zatrzymać. Tutaj cytuję tylko niektóre fragmenty narracji Kobiet dzielących się swoimi macierzyńskimi  doświadczeniami.  Zachęcam z całego serca do lektury publikacji, które pozwalają wejść w "kobiecą" prawdę o macierzyństwie. Publikacji tych jest wiele a niezwykłym uzupełnieniem są blogi oraz portale społecznościowe (np. Instagram).