chevron-down chevron-left chevron-right chevron-up home circle comment double-caret-left double-caret-right like like2 twitter epale-arrow-up text-bubble cloud stop caret-down caret-up caret-left caret-right file-text

EPALE

Elektroniczna platforma na rzecz uczenia się dorosłych w Europie

 
 

Blog

Koniec ery profesjonalistów?

12/08/2019
by Piotr Maczuga
Język: PL

Co łączy konia, lokaja i szofera? To, co za dziesięć lat może połączyć programistę, grafika i instructional designera - przynajmniej z punktu widzenia naszej branży. Staną się nie tyle zbędni, co… elitarni. Wiele wskazuje na to, że ich miejsce zajmiemy my.

Koń był podstawowym środkiem transportu jeszcze na początku ubiegłego stulecia i miał - obrazowo rzecz stawiając - niezłe CV. Ogromny staż pracy, dużą wydajność, szerokie doświadczenie: od wojska po transport publiczny. Dziś stanowi raczej element drogiego hobby oraz nieco snobistycznego sportu. Gdy konia zastąpił automobil, niemal niezbędny stał się zawód szofera. Warto wiedzieć, że sto lat temu taki ktoś był znacznie więcej, niż kierowcą. Awaryjność pierwszych samochodów, a także skomplikowana obsługa sprawiały, że potrzebna była dedykowana osoba, niejako w pakiecie. Wydana w 1906 roku instrukcja “Chauffeur’s Blue Book” wyraźnie wskazuje, że prowadzenie pojazdu to może dziesiąta część obowiązków szofera, przypominając mu jednocześnie, aby pod żadnym pozorem nie ulegał presji i nie oddawał samochodu w ręce właściciela. Tenże ma posiadać, ale nie używać, aby nie uszkodzić. Ma to sens w świecie w którym interwał między kolejnymi awariami wynosił zazwyczaj kilkadziesiąt kilometrów, a podróże dłuższe niż sto mil powinno się planować z co najmniej dwudniowym wyprzedzeniem.

/pl/file/640px-nycmulberrystreet3g04637ujpg640px-nyc_mulberry_street_3g04637u.jpg

Wozy konne na nowojorskim Mulberry Street (około 1900 roku). Każdy z koni produktował dobowo 12-15 kg problemów logicznych, nad którymi pracowały najtęższe głowy epoki. (Domena publiczna)

Brzmi na tyle egzotycznie, że lokaja zostawimy w spokoju, ponieważ dziś zdecydowana większość z nas samodzielnie prasuje i otwiera drzwi gościom. Zwróćcie jednak uwagę, że rozwój technologii oznacza przede wszystkim zmianę perspektywy. Włodarze nowojorskich stajni miejskich jednego dnia mierzyły się z logistyką pozbywania się 1,5 tys. ton łajna dziennie (co się nie udawało), kolejnego zastanawiali co to jest koń mechaniczny, aż w końcu ich problemy stały się nieaktualne i ustąpiły miejsca kolejnym.

Czy zatem techniczne i wąsko wyspecjalizowane profesje przestaną istnieć? Nie, nie przestaną, jednak już do wielu lat widać, że coraz śmielej zaglądamy w warsztat do tej pory zarezerwowany dla tych, którzy jego doskonaleniu poświęcili lata. Dziś możemy już bez trudu i samodzielnie tworzyć strony internetowe (Wordpress), projektować grafikę (Canva), a także nagrywać oraz montować filmy i podkasty. Istnieje wiele platform, których twórcy skupili się na takim zaprojektowaniu swoich narzędzi, aby byli z nich w stanie korzystać amatorzy. Po prostu, przy obecnym tempie rozwoju mamy - jako edukatorzy - przymus ciągłego publikowania lub udoskonalania tego, co już wcześniej opublikowaliśmy.

Minęło już prawie pięć lat odkąd opracowałem ze swoim zespołem metodykę “Rapid E-Learning”. Skupiliśmy się w niej na dostarczeniu edukatorom takich narzędzi, które będą: proste i intuicyjne, bezpłatne lub możliwie jak najtańsze i skuteczne. A dla uczestników moich warsztatów, kilkudziesięciu trenerów i nauczycieli, skuteczny to taki, który mogę wykorzystać od razu, bez konieczności wynajmowania specjalistycznej firmy czy rozpisywania postępowania przetargowego.

Wiem, że narzędzia i samouczki nie zastąpią profesjonalnego działania, tak samo jak ja nie zastąpię w swoim domu elektryka. Sęk w tym, że rzadko kiedy musimy przeprojektować instalację elektryczną, a wymiana żarówki zdarza się co jakiś czas. Podobnie jest ze współczesną edukacją wspieraną przez digital learning. Nauczyciel prowadzący bloga nie potrzebuje do tego programisty. Ten sam nauczyciel chcący zaktualizować materiały na platformie e-learningowej uczelni również może poradzić sobie sam. Jeśli jednak z jakiegoś powodu jego organizacja stanie przed wyzwaniem zaprojektowania pełnej identyfikacji wizualnej, to lepiej będzie zatrudnić profesjonalnego grafika, niż zalogować się do Canvy. Musimy po prostu poznać granicę, której nie warto przekraczać, ale w większości przypadków jest ona jeszcze daleko przed nami.

/pl/file/mixed-race-student-vr-headset-and-her-g9h6avzjpgmixed-race-student-with-vr-headset-and-her-g9h6avz.jpg

Mniej typowe kompetencje stają się kluczowe dla współczesnych edukoatorów.

W przypadku obecnych technologii multimedialnych w edukacji bardzo widać prędkość zmian. Wirtualna rzeczywistość jeszcze na dobre nie zagościła pod strzechami szkół i firm, a już widzimy coś, na co w “tradycyjnym” e-learningu czekaliśmy przez dekady - narzędzia projektuje się dziś z myślą o użytkownikach, którzy nie korzystają z nich intensywnie na co dzień. Zobaczmy:

  • Amazon Sumerian pozwala budować gotowe środowiska VR i AR bez znajomości programowania. Zobaczcie efekty.
  • Nawet jeśli stworzenie takiego VR-u nie jest wybitnie trudne, to wymaga zastosowania gotowych modeli (chyba, że ktoś chce spędzić setki godzin na projektowaniu brył 3D). Obecnie można je z łatwością kupić lub… zrobić samemu - przedstawiam Google Blocks.
  • Ci, którzy próbowali już swoich sił w budowaniu wirtualnego świata wiedzą, że robienie tego na płaskim ekranie komputera nie oddaje w pełni sensu rzeczy, skoro mówimy o rzeczywistości trójwymiarowej. To problem? Nic z tych rzeczy - możecie też projektować swoje animowane światy bezpośrednio z goglami VR na głowie

Nie oznacza to, że pracę wykonamy w pół godziny, klikając tylko myszą od czasu do czasu. W dalszym ciągu musimy zaprojektować rozsądne rozwiązania, znać zasady user experience czy tego w jaki sposób projektuje się grafikę 3D. Jednak lekcje, które należy odrobić, aby móc stworzyć własny VR są dziś znacznie krótsze i prostsze, niż jeszcze dwa lata temu.

W świecie bez profesjonalistów, a przynajmniej w takim, a w którym są oni zarezerwowani do zadań szczególnych, nie ma miejsca na problemy z narzędziami - on są, a jeśli ich nie ma, to z pewnością właśnie powstają. My zaś musimy się rozwijać bardziej interdyscyplinarnie. Musimy umieć właśnie zaprojektować proces, ale także oddać go należycie. Bez względu na to czy posługujemy się hiperskomplikowanym programem graficznym, czy szkicujemy nasze logo na serwetce w restauracji, w dalszym ciągu możemy to zrobić dobrze, albo źle. Obecnie jesteśmy na takim etapie, że efekt jest często wypadkową wielu czynników, w tym przypadku. Nie mamy dekady na nauczenie się wszystkich niuansów pracy grafika, projektanta szkoleń, copywritera czy animatora. Mamy jednak czas, aby poznać podstawowe zasady ich profesji i opanować ją na tyle, żeby bez wstydu powiedzieć “umiem to robić”.

Nie tyle więc odsyłamy profesjonalistów do lamusa, co dedykujemy ich pracę najbardziej złożonym zadaniom.

Piotr Maczuga - Od ponad dekady zajmuje się zagadnieniami wykorzystania nowych technologii w edukacji dorosłych. Tworzy i wdraża w organizacjach oparte o technologie, które łączą w sobie nowoczesny marketing i edukację. Współautor podręczników w zakresie webinariów, webcastów, knowledge pills i innych. Metodyk, autor szkoleń z zakresu wykorzystania multimediów w uczeniu i biznesie oraz publikacji poświęconej tej tematyce. Na co dzień kieruje Digital Knowledge Lab – studiem produkcji multimedialnych treści edukacyjnych w Polsce działającym w ramach ekosystemu Digital Knowledge Village. Jego misją zawodową jest usuwanie barier technologicznych przed wszystkimi, którzy mają ambicje uczyć innych, aby wspomagać tworzenie społeczeństwa świadomie i sprawnie posługującego się otaczającymi nas narzędziami.

Share on Facebook Share on Twitter Epale SoundCloud Share on LinkedIn
Refresh comments Enable auto refresh

Wyświetla 1 - 6 z 6
  • Obrazek użytkownika Monika Dawid-Sawicka
    Czy wąsko wyspecjalizowane profesje przestaną istnieć? Zadałeś ważne dla mnie pytanie. Z jednej strony w prognozach i raportach dotyczących przyszłości pracy pojawia się sporo informacji o nowych, nieistniejących rolach zawodowych. Role te łączą kompetencje z bardzo różnych często odległych dziedzin jak choćby holodeck edukator – łączący wiedzę z obszaru psychologii uczenia się z wiedzą trenerską oraz wiedzą dotyczącą projektowania przestrzeni wirtualnych a więc wykorzystywania wspomnianych przez Ciebie technologii VR i AR. Wymagania związane z przyszłością pokazują więc potrzebę łączenia umiejętności z różnych obszarów. Gdzie jednak będzie ta granica, której jak piszesz …nie warto przekraczać? Myślę, że przyzwoitość, która „bez wstydu pozwala powiedzieć “umiem to robić” będzie jednym z filarów tej granicy.
  • Obrazek użytkownika Małgorzata Rosalska
    Bardzo ciekawa jest Twoja uwaga o potrzebie znajomości granic. Wiem, czego nie wiem i czego nie umiem. Ale też wiem czego nie chcę się nauczyć, bo jest to zbyt szczegółowe i specjalistyczne i wolę zaprosić kogoś do współpracy lub zwyczajnie zlecić mu to zadanie. Być może także w projektach edukacyjnych idziemy w kierunku komplementarności kompetencji. I będzie to dość powszechna, codzienna praktyka. Mi takie podejście odpowiada. Mam potrzebę rozwoju, ale zdecydowanie nie mam potrzeby "znania się" na wszystkim.
  • Obrazek użytkownika Monika Schmeichel-Zarzeczna
    Bardzo ciekawy tekst Piotrze. Patrząc na sektor kultury taka tendencja do posiadania wielu umiejętności i szerokich kwalifikacji jest pożądana przez pracodawców od kilku ładnych lat (szkoda tylko, że nie idzie za tym odpowiednia gratyfikacja). Przykładowo pracując w bibliotece - projektuje się wystawy lub eventy (zarówno pod kątem merytorycznym, wizualnym, organizacyjnym, finansowym) przygotowuje całą promocję, obsługuje media społecznościowe i stronę www, kontaktuje z przedstawicielami mediów tradycyjnych, zaprasza odbiorców koordynuje przebieg etc... To wszystko w tzw międzyczasie wykonując obowiązki podstawowe dla zawodu bibliotekarza.
    Podobnie jest z projektowaniem warsztatów i wieloma innymi aktywnościami.  
  • Obrazek użytkownika Monika Gromadzka
    myślę, że na wielu stanowiskach pracy wymaga się od nas "wielu umiejętności i szerokich kwalifikacji". Coraz częściej to widzę nawet na Uniwersytecie nie mówiąc już o pracy projektowej. Jednak nawet z własnego doświadczenia widzę, że to jest np. ogromny problem. Jeśli chcę wykonać coś naprawdę dobrze muszę najpierw włożyć bardzo dużo wysiłku/czasu (czasem też pieniędzy), w naukę tego, inaczej jakość będzie kiepska. Myślę, że często też sami pracodawcy wymuszają na swoich pracownikach, aby stali się "ludźmi -orkiestrami". Ja już od jakiegoś czasu staram się dokładnie analizować czy coś rzeczywiście mi się w przyszłości przyda i  jak coś, to się tego uczyć, a resztę delegować. Niestety, zgadzam się z tobą, że nie zawsze się da. Sama ostatnio miałam w swoim życiu zawodowym przypadek, że musiałam szybko podciągnąć umiejętności z zakresu grafiki i mediów społecznościowych. Przy obłożeniu innymi zadaniami... No cóż wymagało to bardzo dużego wysiłku. Kiedy tylko więc mam odpowiednie zasoby staram się wynająć szofera czy lokaja :). Wtedy wiem, że będzie zrobiono dobrze, a ja oszczędzę sobie uczenia się  rzeczy, której nie chcę się nauczyć.
  • Obrazek użytkownika Paweł Nowak
    Czytałem kiedyś artykuł, który porównywał zawód programisty z zawodem operatora telegrafu w XIX wieku. Ten ostatni był wtedy dobrze płatny, wysoko wyspecjalizowany i dość elitarny i mało kto wyobrażał sobie, że zniknie. A potem pojawił się telefon. Konkluzja rzeczonego artykułu była taka, że podobny los czeka programistów - za sprawą sztucznej inteligencji (tzn. że programy same będą pisać programy). Jest to zatem wizja (z pewnego punktu widzenia) mroczniejsza, niż ta, o której piszesz.
  • Obrazek użytkownika Piotr Maczuga
    Coś w tym jest. Nie wiem czy mroczniejsza, ale na pewno dla nas tajemnicza. My często, podobnie jak ci operatorzy telegrafów, nie potrafimy spojrzeć poza schematem. Programista to człowiek nie tylko posiadający wiedzę, ale i potrafiący doskonale analitycznie myśleć, projektować procesy wielowątkowo, znający masę rozwiązań i kontekstów. Tymczasem cały czar programowania wspieranego przez AI polega na tym, że taki "sztucznointeligentny" programista może nas zrozumieć na poziomie semantycznym. Wyobraźmy sobie świat w którym "mówimy" aplikacji co ma dla nas zaprogramować, używając języka zwykłych ludzi, opowiadamy o swoich oczekiwaniach i marzeniach. Aplikacja programuje taki program, co jakiś czas zadając tylko pytanie uzupełniające z dziedziny UX, UI czy jakiejkolwiek innej, ale w taki sposób, żebyśmy nie musieli się habilitować w celu udzielenia odpowiedzi. Po paru godzinach (minutach?) możemy testować nasz program... Niemożliwe? No nie wiem...